Trochę o obietnicach
Kiedy światło nieśmiało zaczęło wpadać przez otwierane drzwi garażu, oświetliło nie tylko motocykl, ale również wspomnienia ukryte w cieniu przez prawie rok. Właśnie wtedy po raz ostatni maszyna stanęła w miejscu, z którego teraz została obudzona. Ogrom taśmy na owiewkach i niewyczyszczony brud uwydatniały blizny, z którymi wróciłem z wyprawy po Bałkanach w 2023 roku. To, co się wtedy wydarzyło, opisałem już na łamach tego bloga. (https://www.adamfigura.com/blog/czy-umiesz-prosi-o-pomoc-cz-1)
Ale cała historia dostała swoją kontynuację — i to nie byle jaką.
Nie wszystko, co się opłaca, warto, i nie wszystko, co warto, się opłaca. W tym wypadku druga część tego stwierdzenia była motywacją do napisania kolejnego rozdziału opowiadania podróżniczego.
Ostatni dzień bałkańskiej wyprawy został oparty na złożonej sobie i mojej maszynie obietnicy: „Jak mnie dowieziesz w jednym kawałku do domu, to ja Cię odbuduję jak nowego z salonu”. Kontekst tej obietnicy, po wywrotce na motocyklu na południu Czarnogóry i zmierzeniu się z wizją powrotu do domu bez motocykla, skutecznie zatrzymał mnie na kilka dni w totalnej niewiedzy, co mam zrobić dalej. Zbieranie resztek plastików z ulicy, leżących w plamie płynu chłodniczego, sprowadziło moją pewność do poziomu zera. W wyniku gwałtownego hamowania wjechałem pod auto przede mną, uszkadzając motocykl i przysparzając sobie zmartwień w całkowicie obcym kraju. Dzięki sprzyjającym okolicznościom i proszeniu o pomoc udało mi się przywrócić sprawność mojego mechanicznego kompana na tyle, że zaryzykowałem powrót do domu, od którego dzieliło mnie prawie 1700 kilometrów. Po jakichś 23 godzinach ciągłej jazdy pierwsza część obietnicy została wypełniona, gdyż szczęśliwie dotarłem do domu na zasłużony, po 3 tygodniach przygód, odpoczynek. Maszyna dostała wolne, a ja mogłem zaplanować, jak wypełnię swoją obietnicę o jej odbudowie i przygotowaniu do kolejnej wyprawy.
Wkładając kluczyk do stacyjki, po sekundzie usłyszałem dźwięk, za którym tęskniłem — 180 koni mechanicznych czystej mocy gotowych na dalsze przygody. Żeby to jednak było w ogóle możliwe, najpierw musiałem wziąć się do pracy. Przez kolejny rok spędziłem setki godzin w garażu na rozbieraniu, demontowaniu, sprawdzaniu i montażu nowych części. Nowy lakier na owiewkach, duży serwis mechaniczny, weryfikacja powstałych wcześniej usterek — metodyczna i wolna praca, pomału przybliżająca mnie do założonego wcześniej celu. Niezliczone popołudnia w aromacie benzyny, smaru i olejów wszelakiej maści, gdyż motocykl stał w warsztacie, gdzie budowane są samochody rajdowe. Miałem idealne zaplecze techniczne do pracy. Finalnie, latem 2025 roku, ogłosiłem sukces i patrzyłem znowu na motocykl, który rzeczywiście wyglądał, jakby wyjechał z salonu. W sierpniowym słońcu błysk świeżego lakieru tylko utwierdził mnie, że wracamy na szlak motocyklowych przygód. Cieszyłem się jak dziecko — lubię to uczucie, zwłaszcza im starszy jestem, tym bardziej doceniam te momenty nieskrępowanej niczym radości. Kolejne dwa tygodnie minęły na testach w terenie, żebym mógł mieć jak największą pewność, że jestem gotowy do trasy. Zrobiłem jakieś dwa tysiące kilometrów po Polsce i doceniłem ogrom swojej pracy, gdyż maszyna zachowywała się i wyglądała świetnie. Plan w głowie miałem prosty: pokonać trasę z Warszawy do Lizbony i z powrotem. Czemu Lizbona? Ponieważ po ostatniej wyprawie po Bałkanach wiedziałem, że potrzebuję wyruszyć na zachód Europy i się tam świetnie bawić.
Byłem bardziej niż przygotowany — miałem świetne nastawienie i maszynę, która tylko czekała na kolejną międzynarodową przygodę pod moimi sterami. Tak też się stało i z ostatnim dniem sierpnia 2025 roku rozpocząłem Euro Trip, jak zawsze w otwartości na niewiadome.
Pierwszy przystanek miałem w Berlinie, gdzie odwiedziłem starego znajomego. Kilkaset kilometrów autostradą idealnie nastroiło mnie na dalszą podróż, gdyż po wyjechaniu z Niemiec miałem plan już w ogóle nie korzystać z autostrad na rzecz lokalnych, bardziej malowniczych dróg. Tak też się stało i po przekroczeniu granicy z Francją oddałem się urokom kraju bagietki i sera. Piękne wioseczki, małe kawiarenki i moja ukochana symbioza wprowadziły mnie w stan, za którym tęskniłem — czyli smak swobody i wolności wyboru. Każda droga, każdy zakręt, każdy moment tworzyły nowe możliwości, pisząc plan podróży na bieżąco. Wiedziałem tylko, że jadę do Lizbony, a już którędy — to definiowały wybory dnia bieżącego. Oczywiście nie mogło zabraknąć moich ulubionych dzikich noclegów, lecz tym razem byłem lepiej przygotowany i kupiłem nowy, o wiele wygodniejszy hamak oraz zadaszenie mające mnie chronić przed nieprzewidzianym deszczem. Co, jak się okazało, uratowało mój komfort spania w tej podróży.
Jak zawsze szukałem miejsca na nocleg po nocy i, jak już udało mi się znaleźć odpowiedni spot z drzewami, szybko przystąpiłem do rozbijania obozu. Jakież miałem szczęście, gdy zaraz po rozwieszeniu hamaka i zadaszenia zlał mnie bardzo gwałtowny deszcz. Wszystkie rzeczy miałem suche, dobrze zabezpieczone, a ja sam zrozumiałem, czego mi w tym momencie brakuje. Lato nie należało do najgorętszych i w nocy było mi zwyczajnie zimno, co zdecydowanie obniżyło moją jakość snu. Teraz już wiem, że potrzebuję lepszego śpiwora i podpinki pod hamak. Jak to w życiu bywa, taka wiedza pojawia się wraz z doświadczeniem przebytych wypraw. Swoją drogą musiałem mieć niesamowitego farta w poprzednich wyjazdach, gdyż wcześniej nie miałem ani zadaszenia, ani ciepłego śpiwora, a nigdy nawet nie złapał mnie deszcz i było zdecydowanie cieplej. Przypomniałem sobie o tym, gdy przebudziłem się w nocy z zimna, zmuszony założyć na siebie dodatkowe warstwy ubrań, żeby jakoś dociągnąć do poranka. Cóż — taka natura dzikich noclegów i samotnych wypraw
Poranne słońce łaskawie pozwoliło mi wysuszyć lekko wilgotne po nocy rzeczy i, po zrobieniu codziennej obsługi motocykla, ruszyłem dalej. To ciekawe zjawisko dla mnie, wciąż po latach i wielu dzikich nocach — jak na umysł człowieka działa dyskomfort i nieznane. Pierwsze pozwala docenić codzienność, w której zdecydowanie mamy więcej, niż nawet potrzebujemy. Nieznane z kolei cały czas pokazuje mi, jak głęboko w nas zakorzeniony jest strach przed niewiadomą. Kiedy rozbijam hamak na przydrożnym parkingu po nocy, tak naprawdę nie mam pojęcia, co mnie otacza, jednak świadomie decyduję się pójść spać w takich warunkach, żeby poczuć coś, do czego na co dzień nie mam dostępu. To nie jest kwestia tego, że nie mogę wziąć hotelu, ale tego, że potrzebuję wrzucić siebie samego w zgoła odmienny kontekst codzienności niż ten, który mam przez większość roku.
Spakowany, odpalam maszynę i jadę dalej. I wiecie co? Nie wiem, gdzie dojadę, nie wiem, gdzie zjem obiad, nie wiem, gdzie spędzę kolejną noc. Wiem tylko, że pragnę czerpać nieskrępowaną przyjemność z bycia we własnym towarzystwie. Kiedyś myślałem, że chodzi tutaj o zdrowy egoizm, a teraz dostrzegam w tym głęboki szacunek do siebie samego, aby dać przestrzeń własnym myślom i emocjom i zobaczyć, co jest teraz we mnie żywe, co wydarzyło się w ostatnich miesiącach i co jest przede mną. Ot taka forma autoterapii.
Popijając poranne espresso, sprawdzam mapę, patrzę na motocykl i czuję się szczęśliwy. Czekałem na ten moment dwa lata — kosztowało mnie to ogrom pracy, pieniędzy i zaangażowania. Ale co najważniejsze, dotrzymałem danego sobie słowa, że odbuduję tę maszynę i wrócę na drogę, co po ostatniej wyprawie nie było dla mnie oczywistością. Kolejne dwa dni przemierzałem Francję z północy na południe, kierując się w stronę Księstwa Andory, skąd zamierzałem wjechać do Hiszpanii. Noce nie należały do gorących, ale już wiedziałem, jak się przygotować, żeby zachować minimum komfortu snu i regeneracji na kolejny dzień jazdy. Nigdy nie byłem w Andorze i piękno pasma Pirenejów mnie zachwyciło. Wspaniałe drogi, idealna słoneczna pogoda i nieustający, jednostajny dźwięk silnika skutecznie mnie wewnętrznie wyciszały i sprawiały, że napełniał mnie spokój i radość odkrywania. Księstwo Andory jest malutkie, więc po stosunkowo niedługim czasie moim oczom ukazała się granica z Hiszpanią, a nie musząc się przejmować natłokiem aut, spokojnie, bez przestojów, wjechałem do kolejnego na mojej drodze kraju. Popołudniowe słońce zachęcało do jazdy, a jakość dróg tylko dodawała zapału.
Nocleg pod rozgwieżdżonym niebem — hamak rozbity między dwoma betonowymi filarami jakiejś niedokończonej konstrukcji, motocykl na zasłużonym odpoczynku, a ja w śpiworze gotowy na sen. I muszę przyznać, że lubię takie noce — lubię to uczucie uwarunkowane własnymi wyborami. Poczucie, że to, co właśnie robię i gdzie się znajduję, to swego rodzaju mój kaprys, pasja i odwaga w jednym. Ciężko opisać nieopisywalne, ale zapadając w sen gdzieś, gdzie nikt nie ma o mnie pojęcia, człowiek czuje, jakby stał się centrum swojego własnego wszechświata — niby mając pojęcie o wszystkim, co go otacza, a jednak jakby to w ogóle nie miało znaczenia w tym momencie. Kolejny poranek — klasyka: pełne słońce, zwijanie obozu, jazda do najbliższej miejscowości na śniadanie i kawę. Zagryzając espresso tostem z lokalnego baru, doszedłem do wniosku, że chcę udać się na zachód Hiszpanii, do mekki pielgrzymów, jaką jest sanktuarium w Santiago de Compostela. Nie jestem religijną osobą, ale czułem, że potrzebuję takiego celu — że chcę podziękować za swoje życie, które dostałem, za możliwość wyborów, które mogę podejmować, za zdrowie, które pozwala mi na realizowanie własnych pasji. W natłoku codzienności łatwo zapomnieć o praktyce wdzięczności — nie jako modnego hasła z internetu, ale jako rzeczywistego, wewnętrznego przeżywania i docenienia tego, co się ma.
Wjeżdżając na drogę prowadzącą do Santiago, mijałem masę osób odbywających właśnie swoją pielgrzymkę. Część z nich szła pieszo, część na rowerach, jedni w grupach, inni samotnie. Ale każdy z nich bez wyjątku szedł tam po coś. Każdy miał swój cel, intencję, chęć podziękowania — każdy odbywał swoją duchową wędrówkę. Oczywiście moja pielgrzymka była o wiele szybsza, co akurat mi się bardzo podobało, niemniej jednak też miałem w tym swój duchowy cel. Po drodze znalazłem przepiękne jezioro w górskiej scenerii, nad brzeg którego udało mi się podjechać, żeby pierwszy raz od kilku dni się wykąpać. Skoro noclegi dzikie, to kąpiele również. W pełnym słońcu była to ogromna przyjemność — móc się tak odświeżyć i trochę popływać. Po spakowaniu mojego skromnego ekwipunku ruszyłem dalej.
W godzinach popołudniowych dotarłem do słynnego sanktuarium w Santiago de Compostela. Tysiące ludzi dookoła, każdy w euforii — każdy właśnie osiągnął ważny dla siebie cel, czuć radość dookoła. Sam byłem z siebie zadowolony, że tutaj dotarłem, że dojechałem, że również przebyłem swoją drogę, aby podziękować. Spędziłem tam trochę czasu, pomodliłem się i przygotowałem do dalszej podróży, ponieważ — jakby nie patrzeć — do mojego celu, czyli Lizbony, dzieliło mnie jeszcze sporo drogi. Przygotowałem się do dalszej jazdy i wyruszyłem. Późnym popołudniem wjechałem od północy do Portugalii i pomału zacząłem szukać miejsca na nocleg. Tym razem znów moje zadaszenie nad hamakiem sprawiło, że mogłem przetrwać noc, gdyż chwilę po „zalogowaniu się” w śpiworze zaczęło mocno padać, a ja, suchy i zadowolony, mogłem odpocząć po kolejnym dniu jazdy.
O poranku — standardowa procedura i jazda dalej. Dojechałem do Porto na śniadanie i kawę, rozkoszując się widokiem oceanu nieopodal. Zanim jednak skierowałem się do Lizbony, gdzie czekał na mnie dwudniowy odpoczynek w hostelu i normalne łóżko, postanowiłem przejechać się jedną z najpiękniejszych dróg w Portugalii, czyli słynną N222, która została w 2015 roku okrzyknięta najpiękniejszą trasą świata — i nie bez powodu. Jako miłośnik jazdy na sportowym motocyklu czułem się tam wyśmienicie — ogrom zakrętów, długie proste, malownicze pejzaże, gdzie tylko wzrok sięga. Droga przebiega w dolinie rzeki Douro, którą otaczają zbocza pokryte winnicami. Jako motocyklowy świr zatopiłem się w odczuciach z jazdy — trakcji rozgrzanych opon na styku z asfaltem, świadomości ryzyka przy wchodzeniu w każdy zakręt, wyciskając z maszyny granice przyczepności — to się nie kończyło. Pełne skupienie: gaz, hamulec, redukcja i ogień dalej. Słońce pomału kończyło swój kolejny dzienny cykl, a ja, wyjeżdżając z górskiego terenu, obrałem kierunek Lizbony, gdzie dotarłem późnym wieczorem. To była połowa całej wyprawy, a ja miałem na swoim liczniku już ponad 4800 kilometrów. Nieopisywalne spełnienie i zasłużony odpoczynek.
Na dwa dni oddałem się wąskim uliczkom, zatopiłem się w gwarze miasta i jego urokach. Uwielbiam Lizbonę — jedno z nielicznych miast, które zawsze pochłania mnie w całości. Stare, zabytkowe, piękne w swojej autentyczności. Wrześniowe słońce, pyszne jedzenie i nieustający uśmiech na twarzy. Ten czas pozwolił mi się dobrze zregenerować i przygotować do dalszej jazdy, czego w sumie nie mogłem się już doczekać.
Rano, naładowany energią, posiedziałem nad oceanem i cały dzień spędziłem na pochłanianiu kolejnych kilometrów. W sumie miejsce nie miało znaczenia — bycie w ruchu, prędkość, zmiana krajobrazu były moimi składowymi nieskrępowanej wolności i zadowolenia. A było się z czego cieszyć, gdyż czekało mnie przejechanie hiszpańskiego wybrzeża, Francja i włoskie Alpy, gdzie miałem odwiedzić mojego przyjaciela będącego tam na wakacjach. Zachodzące słońce oświetlało góry Sierra Nevada na południu Hiszpanii, gdzie wjechałem kilka godzin wcześniej. Dopadało mnie zmęczenie i szybka zmiana temperatury, więc klasycznie przyszła pora na hamakowy odpoczynek. Bezchmurne niebo i pełnia tej nocy były piękne, lecz niewystarczające, aby podnieść temperaturę, więc trochę walczyłem z zimnem podczas snu. Czułem, jak każdy dzień mi sprzyja, jak prowadzi mnie bezpiecznie do domu, żebym mógł po jakimś czasie to wszystko opisać i zostawić jako świadectwo dokonania znowu założonego sobie planu, którego wyjątkowość polega na braku sztywnego założenia — a raczej na przeciwności tego stwierdzenia. Nie ma znaczenia, czy wyprawa przedłuży się lub skróci o kilka dni — kiedy wyruszam, daję sobie czas na zatopienie się w nieznanym, w dyskomforcie i niewiadomej tego, co w codziennym trybie jest z góry ustalone. Potrzebuję tego kontrastu, żeby zachować wewnętrzny balans — i tak właśnie z tego korzystam.
Czasami ten balans i dobra passa wystawione są na próbę.
Jednostajnie trzymana manetka gazu powodowała niekończącą się harmonię dźwięku silnika i świstu powietrza, które przecinałem jak nóż. Wśród tej symfonii odgłosów moją uwagę zaczął przykuwać dziwny techniczny aspekt, ponieważ czasami motocykl przy wysokich obrotach jakby tracił moc na chwilę. Zjawisko to pojawiało się sporadycznie, więc będąc tysiące kilometrów od domu, po prostu kontynuowałem jazdę, lecz zwracałem uwagę na to, kiedy się powtarzało. Droga mnie rozpieszczała wraz z pogodą — piękne hiszpańskie słońce prowadziło mnie coraz bliżej granicy z Francją, do której chciałem wjechać jeszcze tego samego wieczoru. Niestety usterka zaczęła się nasilać i motocykl łapał swego rodzaju zadyszkę powyżej prędkości 140 km/h, co stało się bardzo uciążliwe dla swobodnej jazdy. Sprawdzałem, co się dzieje, i w głowie toczyłem dialog, co mogę zrobić w trasie z tą niespodzianką. Po rozmowie z moim mechanikiem diagnoza padła na filtr pompy paliwa, czego sprawdzenie w trasie było niezłym wyzwaniem. Jak zawsze miałem przy sobie skromny zestaw podstawowych narzędzi, więc po znalezieniu odpowiedniego miejsca przy stacji benzynowej przystąpiłem do działania. Po 30 minutach bak pełen paliwa leżał odwrócony i zdemontowany z motocykla, a ku mojemu rozczarowaniu wyjęcie pompy paliwa ukazało praktycznie czysty filtr, nie wskazujący na bycie przyczyną usterki. Mimo tego szybko złożyłem wszystko do kupy i, z ograniczoną mocą maszyny, ruszyłem dalej — cieszyłem się, że mimo wszystko, nawet jeśli wolniej, to wciąż mogę jechać.
Wieczorem byłem już we Francji i, kładąc się spać pomiędzy drzewami przydrożnego lasku, wciąż myślałem, czy mogę coś jeszcze poradzić, żeby nie jechać tylko z połową mocy. Popijając następnego ranka kawę w miasteczku na południu kraju, wpadłem na pomysł, żeby sprawdzić, czy na mapie nie ma nieopodal jakiegoś warsztatu, gdzie mógłbym zaczerpnąć porady lub znaleźć pomoc.
Lepszej decyzji nie mogłem podjąć.
Nazwijmy to szczęściem, ale po zweryfikowaniu danych z Google Maps odnalazłem warsztat oddalony o 10 minut od miejsca, gdzie piłem kawę. Wjeżdżając przez bramę, wiedziałem, że lepiej nie mogłem trafić. Na podwórku stało kilka sportowych motocykli, a w środku — to jakiś kosmos. Warsztat w starym stylu, ogrom medali, trofeów, maszyn torowych i wszelakich świadectw motorsportowej historii tego miejsca.
— Dzień dobry! Mam na imię Adam i podróżuję przez Europę na sportowym Kawasaki. Mam jakieś problemy z pompą paliwa — czy jesteście w stanie mi jakkolwiek pomóc?
Delikatne poruszenie pracujących osób, gdyż jak powszechnie wiadomo, Francuzi niechętnie posługują się angielskim. Mimo tego, jak się potem okazało, syn właściciela mówił dobrze w tym języku i z ogromną życzliwością mnie przyjął. Przywitałem się ze wszystkimi, opowiedziałem trochę o sobie i poczułem ogromną atmosferę wsparcia motocyklowej braci. To było piękne — nieznajomi ludzie, którzy jeszcze 10 minut wcześniej nie byli świadomi mojego istnienia, nagle organizują swoje działania, żeby pomóc mi wrócić na drogę. Dowiedziałem się również, że jest to warsztat jednej z rajdowych ekip motocyklowych i są jedną z najlepszych ekip we Francji. Przystąpiłem ponownie do pracy z demontażem zbiornika paliwa i zaraz mieliśmy pompę gotową do sprawdzenia. Rzeczywiście podawane ciśnienie wyjściowe było za małe, co tłumaczyło niedobór mocy w wysokich partiach obrotów. Zostałem potraktowany jak członek rodziny — zaprosili mnie do stołu na wspólny posiłek. Tym oto sposobem jadłem ostrygi, zagryzając lokalnym serem, z francuskimi mechanikami, dzieląc się wspólną pasją bez względu na narodowość. Życie potrafi dać prezent, którego piękno kryje się w nieoczywistości przeżywanej właśnie chwili.
Udało nam się znaleźć inną pompę paliwa, lecz po odpaleniu okazało się, że jej parametry nie pasują i silnik źle pracuje. Szukając innego rozwiązania, doraźnie przeczyściliśmy tę zdemontowaną z mojej maszyny i z powrotem wszystko złożyłem w całość. Jazda testowa wykazała zdecydowaną poprawę, co było wystarczającym powodem do ruszenia dalej. Chłopaki życzyli mi powodzenia w powrocie do domu i po zbiciu ostatniej piątki wróciłem na drogę. Cała sytuacja może nie naprawiła mojego motocykla tak, jak chcieliśmy — z powodu braku czasu i odpowiednich części zamiennych pod ręką — ale za to po raz kolejny przywróciła moją wiarę w człowieczeństwo i bezinteresowną pomoc.
Popołudnie było pochmurne, a ja zmierzałem w stronę Włoch, wjeżdżając w pierwsze alpejskie pasma. Zaczęło padać, a temperatura znacznie się obniżyła, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie ma dziś szans na dziki nocleg. Po jakichś trzech godzinach jazdy w deszczu po górskich drogach byłem wykończony — motocykl nie działał w pełni swoich możliwości, ale jednak jechał dalej. Po zmroku dotarłem w końcu do większego miasta, znajdując hotel i dając sobie wreszcie odpocząć w luksusie gorącej wody pod prysznicem i normalnego łóżka. Rano moje oczy koiły górskie krajobrazy dookoła i słoneczna pogoda. Plan na dziś był prosty: dojechać w okolice włoskiego jeziora Garda, gdzie mój serdeczny przyjaciel był na wakacjach z dziewczyną. Miałem ich odwiedzić i spędzić razem czas przed finalną drogą do domu. Żeby to jednak było możliwe, czekał mnie cały dzień jazdy i jakieś 700 kilometrów do pokonania. Dzień wypełniały mi kolejne alpejskie pejzaże, przydrożne kawiarnie i uroki lokalnych dróg prowadzących przez piękno wiejskiego krajobrazu. Pożegnałem Francję z ogromną wdzięcznością za to, co mnie tam spotkało, obiecując sobie, że odwiedzę ten kraj ponownie w celu głębszej eksploracji. Ale teraz była pora na włoskie espresso i gwarę tego pięknego języka dookoła.
Metodycznie, godzina po godzinie, trasa szła mi świetnie — usterka, z którą podróżowałem, trochę ustała, co podniosło mój komfort jazdy. W wyniku tego późnym wieczorem dotarłem do wspaniałego miasteczka we włoskich Dolomitach, gdzie Bartek i Kasia byli na wakacjach. Jakież to było wspaniałe — móc spotkać się ze swoimi ludźmi, wracając z tak dalekiej trasy. Zjedliśmy kolację i relaksowaliśmy się rozmową, popijając wino. Kolejny unikatowy dzień, jakże unikatowej podróży. To jest bogactwo i szczęście — mieć ludzi, z którymi możemy dzielić się swoimi przeżyciami. Kolejny dzień minął nam na spacerach, pysznym jedzeniu, rozmowach o życiu i czystej radości z bycia razem. Pozwoliło mi to odpocząć mentalnie i fizycznie przed — można powiedzieć — ostatnią prostą do domu. Nie była to szybka prosta, gdyż wciąż do Warszawy miałem jakieś 1100 km, ale wraz z dystansem czekała na mnie kolejna niespodzianka. No cóż — życie jest nieprzewidywalne.
Pożegnawszy się po śniadaniu z moimi przyjaciółmi, ruszyłem dalej, licząc się z tym, że może pokonam cały dystans ciągiem i wczesnym rankiem zamelduję się w Warszawie. Niestety, znana mi już usterka skutecznie ograniczała płynność mojej jazdy. W górskim terenie takie ograniczenie jeszcze nie było tak uciążliwe, ale kiedy wyjechałem z Włoch i skierowałem koła na austriacką autostradę, naprawdę zaczęło mnie to męczyć. Jadąc na pół gwizdka, snułem się godzina po godzinie do przodu — chciałem już być w domu, gdyż po prawie trzech tygodniach praktycznie ciągłej jazdy czułem, że wyjąłem z tej podróży wszystko, czego potrzebowałem. Smak pełnego skupienia, które daje mi taka ilość jazdy, jest nie do opisania — czułem totalne połączenie z otoczeniem i opiekę sił wyższych nade mną. Nawet jeśli to jest iluzoryczne w naszym ludzkim postrzeganiu świata, to samo odczucie jest jak najbardziej prawdziwe. Licznik pochłaniał kolejne cyfry, dodając dystans kilometrów, a ja — może nie tak szybko, jakbym chciał — wciąż poruszałem się do przodu. Wjechałem do Słowacji i obrałem kierunek na ostatnią granicę dzielącą mnie od Polski. Czułem, że motocykl jakby słabnie, tracąc moc z każdym kilometrem — zdecydowanie usterka towarzysząca mi od ostatnich dni przybierała na sile. Modląc się w głowie, prosiłem o jeszcze kilka godzin jazdy, zanim całkiem przestanę jechać.
Na krótką chwilę mi to pomogło, ale jakieś 30 kilometrów od polskiej granicy, po zatrzymaniu się na światłach, silnik zgasł i już nie chciał zapalić. Byłem padnięty, mając już za sobą ponad 600 km tego dnia — było zimno, a ja stałem pośrodku jakiejś słowackiej mieściny, bez żywej duszy dookoła. Zepchnąłem maszynę na bok i to jedyne, co mogłem zrobić w tej sytuacji. Na moje nieszczęście okazało się, że ubezpieczenie podróżne, które wykupiłem na ten wyjazd, skończyło się dzień wcześniej. O zgrozo. Znowu zostałem sam na poboczu, próbując znaleźć rozwiązanie. Maszyna zdecydowanie miała dosyć wojaży ostatnich tygodni i podziękowała za współpracę.
Było już dobrze po 22, a sygnał w słuchawce telefonu był dźwiękiem mojej nadziei. Infolinia towarzystwa ubezpieczeniowego i bardzo pomocny pan na nocnej zmianie. Chwilę później miałem namiar na pomoc drogową z okolic Bielska-Białej jako najbliższej mojego położenia. Cena za usługę w nocy i poza granicą Polski zwaliła trochę z nóg, ale nie miałem wyjścia. Miałem miks odczuć — chłopięce rozczarowanie, potężną niemoc i bezradność — a jednak byłem cały, mając za sobą trzy tygodnie pięknych przeżyć. Mnogość emocji podtrzymywała moją temperaturę i energię do czasu przyjazdu pomocy drogowej. Światło kogutów ostrzegawczych zwiastowało wybawienie i po paru chwilach motocykl był na lawecie, a ja w ciepłej kabinie samochodu zmierzającego do Polski.
Jechaliśmy przez słowackie leśne drogi, a kierowca nagle powiedział mi, że jest to bardzo niebezpieczny odcinek trasy, pełen dzikiej zwierzyny dookoła, skąd dwa tygodnie wcześniej holował samochód po zderzeniu z sarną. Rzeczywiście, skupiając wzrok w ciemności, można było dostrzec zatrważającą ilość dzików, saren i innych zwierząt krążących na poboczu po obydwu stronach drogi. Zdecydowanie w takim starciu nie miałbym żadnych szans, jadąc motocyklem. Może właśnie dlatego przemierzałem ten odcinek bezpiecznie w kabinie samochodu.
Wszystko zaczęło ze mnie schodzić — zmęczenie, napięcie mięśni i zderzenie z oczekiwaniami powrotu samodzielnie na kołach. W nocy dotarłem do domu bliskiej znajomej mieszkającej na południu, gdyż lawetą dojazd do Warszawy kosztowałby majątek. Po zdjęciu ubrań motocyklowych całe trzymające mnie do tej pory napięcie puściło. Walka dobiegła końca. Rozsypałem się na milion kawałków i zacząłem płakać. Nie ze smutku, lecz upuszczając nagromadzone wcześniej emocje i gorzkość chłopięcego rozczarowania.
Cieszyłem się, że już po wszystkim, że skończyłem, że jestem bezpieczny i mogę iść spać. W nocy dostałem temperatury i na dwa dni się rozchorowałem. Czasem człowiek nie zdaje sobie sprawy, ile wysiłku kosztują go własne decyzje, a mnie trzy tygodnie ciągłej jazdy, dzikie noclegi i kąpiele zafundowały masę przeżyć, ale również obciążyły moje ciało i układ nerwowy do granic. Regenerowałem się w spokoju, w głowie słysząc coraz słabiej nieustające echo dźwięku silnika.
Znowu poszedłem na rekord. Pokonałem samotnie Europę od wschodu na zachód i z powrotem, pokonałem również samego siebie, przemierzając przy tym 8700 kilometrów w trakcie trzech tygodni. Nie ma tutaj uniwersalnego morału — jest tylko moja wewnętrzna nauka. Dopełniłem postawioną dwa lata wcześniej obietnicę i świadomie stanąłem do kosztu, jaki dane mi było zapłacić. To nie jest kwestia dumy, ale unikatowego smaku spełnienia, który nie zawsze jest słodki. Z każdą wyprawą tworzę okoliczności, w których mogę poznawać życie z różnych perspektyw — i to jest wartość, która wpływa na kolejne lata mojej drogi, którą kocham podążać.
Motocykl przywiozłem na przyczepie do Warszawy swoim autem kilka dni później i już wytyczam plan nowej wyprawy — oczywiście jak tylko uporam się z powstałą usterką. Nie zawsze wszystko będzie szło po naszej myśli, a odkrywanie umiejętności radzenia sobie w nieprzewidzianych sytuacjach nie jest przydatne tylko w podróży, ale tworzy również większą wewnętrzną objętość na dynamikę otaczającego nas świata i sposób, w jaki decydujemy się po nim poruszać. Żeby łamać utarte schematy codzienności, warto dać się ponieść i zobaczyć, jaka przygoda czeka na odkrycie — taka, która pozwoli nam lepiej poznać, z czego naprawdę jesteśmy zbudowani.

